|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Alter ego
Odwiedzam...
Zachwyciło...
|
piątek, 07 września 2007
Jak to mówią: witaj szkoło!
No to się zaczęło... Szkoła pęłną gebą! Już minął cały tydzień, a przecież dopiero co byliśmy na rozpoczęciu. Oczywiście Mati, czekając na akademię, stwierdził, że nudy... Potem się rozruszał, kiedy poszliśmy do jego klasy. I tutaj zaskoczenie - pani zabrała dzieci do sali, a rodziców nie wpuściła. Pierwsza myśl: cokolwiek będzie mówione, pójdzie w niepamięć, przecież młody nic nie jest w stanie zapamiętać! Za każdym razem kiedy w przedszkolu pytałam go, co się wydarzyło w ciągu dnia, mówił, że niepamięta. Pięknie... Ale okazało się, że zostaniemy poproszeni za chwilę.
Plan lekcji - kolejne zaskoczenie. Religia dwa razy w tygodniu! Jaka idea stoi za tym? A co z dziećmi innych wyznań? Nie jesteśmy innego wyznania (jeszcze), ale gdyby...? Podobno siostra jest fajniejsza niż ta w przedszkolu. W każdym razie nie miałam pojęcia co odpowiedzieć na pytanie: "Mamo, dlaczego my nie chodzimy do kościoła?"
Ogólnie Młody jest zadowolony. Świetlica kłóci się trochę z jego pojęciem spędzania wolnego czasu ("tam nie ma żadnych fajnych zabawek!"), ale lekcje są ciekawe.
Na wczorajszym zebraniu pani opowiadała o tym jak radzą sobie dzieci; byłam zaskoczona, że niektóre nie potrafią czytać, ledwo składają litery, są takie, którym obce jest liczenie i dwucyfrowe liczby... Te będą chodzić na zajęcia wyrównawcze, ale to nie Mati :) Śmieszny moment nastąpił, gdy wybieraliśmy trójkę klasową. Skarbnika wyznaczyła nauczycielka, przewodniczącym i wice nikt nie chciał zostać! Wszyscy spuszczali głowy i chowali się za plecami innych, jak na lekcji w czasie odpytywania:)))) W końcu skarbnik wybrał przewodniczących! :)
Jak przystało na współczesnych rodziców zaczęliśmy myśleć na jakie zajęcia zapisać nasze dziecko? No więc na liście znalazły się: angielski, tańce, basen, piłka nożna, taekwondo, a Mati dołożył jeszcze ping-ponga. Nie za dużo na jedno dziecko i na pierwszy rok? Chyba za dużo...
Wkroczyliśmy w nowy etap NASZEGO życia, bo w dużej mierze to właśnie mi i Tomkowi zmieni świat i sposób podejścia do wychowania dziecka. A na pewno zmieni terminy urlopów zimowych i letnich, na te szkolne oczywiście...
środa, 22 sierpnia 2007
Już nie sprzątam!
Wreszcie zatrudniłam panią do sprzątania! Nie obyło się bez problemów, bo to przecież bardzo skomplikowany proceder: zatrudnić osobę do sprzątania mieszkania... :)
Ale ludzie, o dziwo, nie do końca są zainteresowani podjęciem pracy, nawet wtedy kiedy początkowo błagaja przez telefon lub w mailu, że oni muszą, że koniecznie, że bardzo im zależy... A potem umawiasz się, żeby poznać i omówić szczegóły i... nie przychodzą. Nawet nie dzwonią, żeby odwołać spotkanie. Może ja za dużo wagi przywiązuję do przyzwoitości jaką jest krótki telefon: nie przyjdę, już nie jestem zainteresowana... No cóż, jedna w końcu przyszła, studentka, uśmiechnięta i gotowa na wszystko :)
No i właśnie sprząta! Za moimi plecami. Boże, jakie to cudowne uczucie: będę miała czyste mieszkanie i nie przyłożę do tego palca. Tylko portfel...
piątek, 17 sierpnia 2007
Refleksje post-urodzinowe
Dopiero dziś się otrząsnęłam po środzie...:) 15-go sierpnia cały dzień miałam kiepski humor, chociaż raczej wydawało mi się, że powinnam być zadowolona. W końcu to był mój dzień - urodziny... Zwykle mówię, że 18-te, ale jakoś w tym roku nie przemówiło to do mnie. Czyżbym odczuwała upływający nieubłaganie czas? Czyżby przekonywanie samej siebie o tym, że jesteśmy wiecznie piękni i młodzi przestało skutkować?
Zawsze dzień urodzin miał dla mnie o wiele większe znaczenie niż imieniny, powszechnie obchodzone w naszym kraju. Myślę, że urodziny są bardziej osobiste niż imieniny. Zawsze je lubiłam. Do przedwczoraj. Humor mi padł totalnie, choć nie umiałam tego wyjaśnić racjonalnie. Chyba jednak pomyślę o tych imieninach...
Nadszedł tzw. wiek Chrystusowy, może dlatego te odczucia, że to jakiś przełom życiowy? Tylko jaki? Że teraz to niby z górki będzie? Tak całkiem w dół i coraz szybciej? A ja jeszcze tyle chciałabym zdziałać, mam tyle planów i pomysłów!
Tymczasem remont hostelu dobiega końca. Z pomocą Piotrka, który wreszcie dotarł z tych Stanów i zamiast spędzać spokojnie urlop w Polsce, haruje czyszcząc kible i malując ściany. Ale nie narzeka. W końcu myje swoje kible i maluje swoje ściany. No, wspólne z Tomkiem. I chwała Bogu, że mu pomaga, bo straciłabym męża do cna przemęczonego robotą. Gości nie ma za dużo, ale jak na ten etap i ten stan hostelu, jest nieźle. Będzie lepiej, jak się lepiej postaramy co do reklamy. Trudno jednak reklamować miejsca, których jeszcze nie ma, bo... trwa remont! Błędne koło. Coś się musi zakończyć, żeby zaczęło się coś.
A ja czekam na urlop. I już.
wtorek, 24 lipca 2007
24/24 h
Ile można pracować bez przerwy? Przekonaliśmy się ostatnio, że non stop. Odkąd pojawili się pierwsi goście, Tomek pracuje dosłownie bez przerwy. Zadeklarowaliśmy, że recepcja hostelu ma być czynna 24h na dobę i... jest! Niestety, kosztem naszego wspólnego czasu. Od pamiętnego 13-go lipca w piątek nasz hostel wciąż gości nowych przybyszów. Z bardzo różnych krajów: Szwecji, Australii, Białorusi, Francji, Irlandii. Zwłaszcza ci ostatni dali się mocno zapamiętać, spędzając dwie doby na nieustającej imprezie i produkując kilka 120 l worów śmieci! Niewyobrażalne, jak sześciu młodych chłopa może tak potwornie naśmiecić i nabrudzić! Ale widocznie jeszcze dane nam będzie oglądać wiele ciekawych rzeczy w hostelu. Cieszy nas jeden fakt: ciągle są goście. Minęło półtora tygodnia funkcjonowania hostelu i nie zanotowaliśmy jeszcze nocy bez gości. Nie liczyłam nawet na złotówkę zarobku w lipcu, a tymczasem jest lepiej niż się spodziewałam! Jedyny minus tej sytuacji jest taki, że prowadzenie hostelu we dwójkę, tzn Tomek i Oskar, nie pozwala na zajęcie się wszystkim jak należy: przygotowanie ulotek, organizowanie ich dystrybucji, kontakt z biurami podrózy, przygotowanie kompleksowej oferty wycieczek, promocja hostelu, kontakt z konkurencją - to wszystko lezy odłożone w czasie. A czas płynie szybko! Tymczasem remont drugiej części trwa. I wciąż potrzeba nowych rzeczy, żeby został jak najszybciej ukończony: płaytki, drzwi, klamki, śrubki, farby, kleje, itp, itd... I kto to wszystko kupuje? Oczywiście Tomek... Alfa i omega: recepcjonista, menedżer, sprzątacz, dostawca, trener, a obok tego wszystkiego nadal ojciec i mąż. Jestem z Ciebie dumna, kochanie! W zeszłą sobotę wreszcie mieliśmy dzień luzu, który szczęściem dla nas ciągnął się w nieskończoność. Najpierw odwiedzili nas moi rodzice, którzy nie byli w Krakowie już chyba rok. Chcieli zobaczyć hostel, a więc urządziliśmy sobie wycieczkę na Kazimierz, potem obiad u Jeff'sa i spacer. Bardzo miły czas. Po ich wyjeździe zdążyliśmy jeszcze na grilla w Michałowicach, gdzie nie spodziewaliśmy się spotkać tylu ludzi! I kolejna niespodzianka: telefon Liptona. "Jesteśmy w Krakowie, na Rynku, macie czas?" Jasne! Po trzech latach, jakie spędzili w Stanach, pojawiają się wreszcie w Polsce, więc to normalne, że znajdujemy dla nich czas! Rozmawiając z Liptonkiem i Justyną miałam wrażenie, jakby tych trzech lat w ogóle nie było, jakbyśmy widzieli się wczoraj, zawsze uśmiechnięci, pozytywni, emanujący wspaniałą energią i miłością, jaką pałają do siebie niezmiennie... Zabraliśmy ich i poszliśmy na Lubelską, bo w międzyczasie okazało się, że i tam czeka na nas impreza. Chwila wśród znajomych, jak zwykle dawno nie widzianych i wreszcie, ok. 1-szej w nocy, do domu i do łóżka, bo od rana co? Szychta w hostelu! 24-godzinna...
środa, 18 lipca 2007
Hostel
Który to już dzień? Przestałam liczyć, kiedy zdałam sobie sprawę, że to nie ma sensu, bo wyczucie czasu zmienia się zależnie od tego, jak dużo go potrzebujemy… W naszym przypadku im więcej by się go przydało, tym szybciej płynie. Kwiecień – znaleziony lokal. Jest świetny! Fantastycznie zlokalizowany, o odpowiedniej powierzchni, super rozmieszczenie pomieszczeń. Zaczynają się negocjacje. Właścicielka decyduje się wynająć nam lokal. Sukces! Wieczorem tego samego dnia dzwoni z informacją, że jednak wybiera innego wynajmującego. A więc nie powiodło się. Poszukiwania zaczynają się od nowa. Trzy dni później lokal jednak jest nasz! Tomek zawziął się i, Bóg jedyny wie jak, przekonał kobietę, żeby zmieniła zdanie. Udało mu się, choć pewnie nie zdawał sobie sprawy, co później nastąpi… Prawie miesiąc negocjacji warunków umowy z kobietą, dla której najmniejsza rzecz stanowiła problem nie do przeskoczenia. Jeden dzień przynosił kilka wersji tej samej umowy: rano inaczej, po południu inaczej… A czas płynął… W końcu jest! 15 maja - umowa podpisana. Dostajemy klucze i zaczyna się zabawa: architekt i projekt pomieszczeń, sanepid i zatwierdzenie projektu (zatwierdzą czy odrzucą?), strażacy i przepisy p.poż. (kupować drzwi przeciwpożarowe czy nie?), w-z i zgoda na zmianę przeznaczenia lokalu (normalnie czeka się kilka miesięcy, a sezon tuż, tuż..), remont i czy Bogdan da radę (budowlańcy wyjechali na Wyspy) i podstawowe pytanie: czy starczy kasy? A więc to już miesiąc przygotowań hostelu… Mam wrażenie, jakby minęło co najmniej pół roku. Remont pierwszej części zakończył się na początku lipca. W międzyczasie wparowaliśmy z wałkami, mopami, wiertarkami i zaczęliśmy doprowadzać pokoje do stanu używalności. Malowanie, czyszczenie okien, łazienek, parkietów, przywieszanie karniszy, składanie łóżek, przygotowywanie pościeli, projekty recepcji, niekończące się zakupy tysiąca drobiazgów, które okazują się zawsze na końcu droższe niż te duże rzeczy… Jednocześnie projektowanie strony internetowej, logo, wizytówek, ulotek, pisanie tekstów, wprowadzanie na portale bookingowe, gdzie, jak zwykle to bywa, pojawia się milion technicznych problemów. I pierwsza rezerwacja. Istniejemy nie tylko w rzeczywistości, ale też wirtualnie! Gdzieś tam ktoś przeczytał o FREE Hostelu w Krakowie i chce do nas przyjechać! Czad! Zaskoczenie i radość! Potem kolejna i kolejna i… mała refleksja: nie jesteśmy do końca gotowi. Piątek 13 lipca – w sobotę przyjeżdża pierwszy gość; żeby się nie wygłupić, trzeba kupić szybko tysiąc rzeczy, których istnienie zadeklarowaliśmy na stronie. Godzina 19.30. Telefon od Tomka: „Czy te ręczniki co wyprałaś do hostelu są już suche?” „Tak” „To zabieraj i przyjeżdżaj, bo właśnie mamy dwoje gości z Holandii. Przyszli z ulicy.” No tak… Zaczęło się? Daj Boże!
wtorek, 05 czerwca 2007
Właśnie skończyłam pracę, a właściwie tylko jej część, skromną, nic nie znaczącą wobec nawału zadań jakie mam ostatnio... No bo cóż znaczy te kilka załatwionych spraw przy całym ogromie obowiązków? Te detaliki, mikro sprawki i mikro problemiki rozwiązane dzisiaj... Jak pomyślę o całej reszcie i o tym, że doba ma te marne 24, a tydzień 7, to ciarki przechodzą mi po plecach. Wyzwolić się z korporacji! Pracować dużo, ale dla siebie! Nie walić głową w mur i przestać mieć niczym nieuzasadnione poczucie winy, że się czegoś nie załatwiło, chociaż wiadomo, że to od nas nie zależy... Może już wkrótce... Obiecuję sobie poprawę i regularne wpisy na blogu. Dotrzymam słowa?
środa, 02 maja 2007
Maslow po mojemu...
Od rana przygotowuję materiały szkoleniowe z zarządzania i jak świat światem, Maslow musi tam być. Jak święta krowa jest nietykalny i niezmiennie cytowany we wszystkich praktycznie publikacjach o zarządzaniu. Może to i dobrze, bo teoria, jako chyba jedyna z wszystkich teorii motywowania, jest jasna, przejrzysta i w miarę łatwa do przeniesienia w realia. Toteż Maslow znalazł swoje miejsce także w moich materiałach. Przy okazji opisu "najwyższej" z potrzeb, które determinują nasze zachowania i motywację do pracy, czyli potrzebie samorealizacji, znalazłam takie sformułowanie: "Podczas gdy pierwsze cztery potrzeby możliwe są do zaspokojenia, samorealizacja nigdy do końca nie zostanie zaspokojona." I tu zrodziło się we mnie pytanie: dobrze li to czy źle? Z jednej bowiem strony człowiek, jak to człowiek, dąży wytrwale do zaspokojenia wszystkich swoich pragnień i potrzeb, potrafi cuda zdziałać i góry przenosić, żeby do celu dotrzeć. Jako motor działania i postępu ma to właściwie tylko pozytywne strony. Gdy jedną rzecz ma już w zasięgu ręki, pojawia się kolejna, itd, itd. Tym samym się rozwija, pozwala rozwijać się światu, innym ludziom. Problem pojawia się, gdy jednocześnie jego niezaspokojona potrzeba wiąże się z koniecznością niszczenia, przejścia "po trupach do celu", ale przyjmijmy, że analizujemy jedynie ten pozytywny, postępowy wymiar samorealizacji. Tymczasem dręczy mnie nieco inny aspekt niezaspokojonej samorealizacji. Na ile jest dla mnie motywującym do działania świadomość, że nie jestem w stanie zrealizować siebie, swoich marzeń, swoich pasji, bo gdy osiągam pewien pułap zaspokojenia tychże potrzeb zaraz rodzi się następna bądź ewoluuje już istniejąca? Czy oznacza to, że człowiek skazany jest na wieczne szukanie samego siebie, wieczną tułaczkę w dążeniu do zrealizowania własnych pragnień i nigdy nie jest w stanie osiągnąć spokoju ducha? Czy jest to bardziej bodźcem do tworzenia, czy powodem do frustracji? Jak się ma do tego tzw twórcza niemoc, rodzi się z braku siły do dalszej walki o zaspokojenie tej niemożliwej do zaspokojenia potrzeby, czy to wynik naszego spadku na niższy poziom piramidy potrzeb? Patrzę na to wszystko przez pryzmat własnych pasji, których ilość i rodzaj zmieniają się nieustannie. Pod tym względem jestem wiecznym łowcą doznań i poszukiwaczem zajęć, które potrafiłyby zaspokoić moją ogromną potrzebę samorealizacji. Zdaję sobie sprawę, że miotam się potwornie w świecie i smakuję zbyt wielu potraw jednocześnie, co naraża mnie na pewną niestrawność... Ilekroć wpadnę na trop ciekawego zajęcia, mam natychmiast ochotę popróbować, mając nadzieję, że tym razem to właśnie to. Wiem, że lepsze jest skupienie się na jednej rzeczy i robienie jej do końca dobrze, niż rozdrabnianie się na tysiąc innych, których jakość będzie pozostawiać wiele do życzenia. Wiem to i ... robię swoje. To taka wieczna tęsknota za nowym, ciekawszym niż wszystko co już znam, co dookoła od lat... To pragnienie wyjścia poza... To dążenie do zamknięcia świata w swoim małym kręgu poznania... To wiara, że w końcu napotkam to, co zajmie całe moje myśli i da mi zadowolenie... To chęć ciągłego podążania przed siebie ze świadomością, że droga ta nie ma końca, ale liczy się przecież sama podróż, nie cel... Przynajmniej w tym przypadku. Na szkoleniu nie będę o tym mówić, przecież w zarządzaniu cele to bardzo ważna sprawa... :)
wtorek, 01 maja 2007
Nie lubimy wolnego..?
Jeden wolny dzień i nie ma co z nim zrobić... Wyjechać gdzieś dalej - to za daleko. Wyjechać gdzieś blisko - nie ma gdzie. Zimno. Słońce świeci, ale zimno. Koszmar! No to zabraliśmy się za porządki. Jak święto pracy to trzeba świętować. Pracą. Nie tylko my zresztą uznaliśmy, że 1 maja to dzień jak co dzień. Na Małym Rynku praca wre, aż miło popatrzeć! Płyta Rynku ładnieje z minuty na minutę. A sąsiadka też myła okna... Chwała Bogu, jutro idę do pracy! :)
niedziela, 22 kwietnia 2007
Turniejowa niedziela
Dwa lata temu Mati po raz pierwszy wziął udział w turnieju tańca towarzyskiego. Był wtedy w najmłodszej grupie i, przyznam szczerze, jego chęć do tańca, chociaż niewielka, i tak przewyższała umiejętności taneczne.. :) Zdobył wtedy brązowy medal i nie był do końca z tego powodu zadowolony. Aspirował wyżej! Postanowił wtedy, że będzie sumiennie chodził na kurs tańca i w kolejnym turnieju zdobędzie srebro, a po dwóch następnych latach - złoto. To akurat miało wystarczyć na kolejne dwa lata przedszkola. Niestety, w zeszłym roku nie udało się wziąć udziału w turnieju. W tym roku absolutnie postanowiliśmy zapisać Mateusza na turniej. W piątek wieczorem pognaliśmy do sklepu zakupić eleganckie spodnie z kamizelką, mucha sprzed dwóch lat jeszcze była ok, koszula zakupiona jesienią też jeszcze dobra... Dziś rano, trochę w pośpiechu, wyprasowałam koszulę, spakowałam wszystko i popędziliśmy na turniej. Ekipa z Glinianej, czyli Mati, Szymek i Karol, mieli najlepszy zespół dopingujący (złożony z rodziców)! Byłam przekonana, że Mati zdobędzie złoto, pomimo, że w kolejce "czekał" srebrny medal, bo kiedy porównałam jego sposób tańca z innymi dziećmi, które złoto otrzymały, stwierdziłam, że był równie dobry, jeśli nie lepszy. Ku mojemu zdumieniu dostał srebrny medal, ale na szczęście i tak był z siebie zadowolony, bo w końcu zrealizował plan... Zmartwił się tylko, że to już ostatni rok w przedszkolu i w przyszłym nie będzie miał szansy walczyć o złoto. Pocieszyłam go, że przecież są też turnieje dla dzieci szkolnych. Musimy się tym zainteresować. Tak czy inaczej zrobił ogromne postępy i jesteśmy z niego dumni! Mój mały tancerz... :)
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Egipt cz. II
Kolejny dzień nurkowania wspominamy chyba najmilej: najpiękniejsze rafy - rafa Gordona i Jacksona, oświetlone mocnym, cudownym słońcem, ogromne ławice kolorowych rybek, ławice barakud, i koniec ćwiczeń! A przy tym najistotniejsze - zaliczone zdejmowanie maski pod wodą! Po tym ćwiczeniu byłam już totalnie zrelaksowana i wreszcie odczułam pełną przyjemność z nurkowania. Przy okazji przeżyliśmy mały dreszczyk - bardzo mocny prąd, który zaczął nas znosić i z którym ciężko było walczyć. Musieliśmy błyskawicznie przerwać nurkowanie, a szkoda, ale zaczęło sie robić gorąco. W sumie jestem zadowolona, że to nas spotkało, bo teraz wiemy co to znaczy wpaść w prąd podwodny i wiemy, czego się spodziewać. Trzeci dzień nurkowania był już zupełnie luźny, choć byliśmy (przynajmniej ja) nieco zmęczeni. Niestety, niebo się trochę zachmurzyło i podobno najpiękniejsza rafa, czyli Ras Mohammed, na tym straciła trochę swojego uroku. Ale nura daliśmy jako pełnoprawni nurkowie, to było zupełnie inne uczucie! W Niedzielę Wielkanocną zrobiliśmy sobie dzień relaksu, tymbardziej, że ku zmartwieniu Tomka, Nautica nie pracowała i nie było nurkowań. Trochę poleżeliśmy na plaży, Tomek trochę popływał, a wieczorem wybraliśmy się na spacer do Fantazji, wielkiego handlowego deptaka w Sharm, o trochę wyższym standardzie wystroju niż Old Market, ale z identycznym towarem.. :) Zaraz na początku dorwał nas Antosh (twierdził, że tak ma na imię), sprzedawca perfum i postanowił, zanim wysprzeda nam pół sklepu, opowiedzieć nam kilka, jego zdaniem, ciekawych historii: historię rodziny (szczególnie brata, który jest strażakiem w Katowicach i ma żonę Polkę - obejrzeliśmy cały album zdjęć!) oraz tajniki wyrobu perfum. Po długich negocjacjach (she's mafia, she's mafia! - krzyczał na mnie) i przekomarzaniu się, która cena jest dla kogo nie do przyjęcia, ustaliliśmy wspólne stanowisko tzw "krakowskim targiem". Ostatni dzień pobytu to safari na quadach na pustyni. Zawinięci w arafatki wyruszyliśmy na podbój piachu i skał, ale zdaniem Tomka za mało było jazdy typowo terenowej. Zatrzymaliśmy się na dwa postoje: jeden to mała wspinaczka na górę, z której z jednej strony widać było morze, z drugiej Arabię Saudyjską; drugi postój to snorkeling i lunch w szałasie Beduinów. Na plaży polowaliśmy z aparatem na kraby, ale tylko jeden pozwolił sobie zrobić zdjęcie :) Po powrocie wybraliśmy się do siedziby Nautiki - na zaproszenie naszych instruktorów - gdzie w baaardzo miłej atmosferze pogadaliśmy o doświadczeniach wodnych (my żeglarze, oni nurkowie ze stażem), ale przede wszystkim dostaliśmy potwierdzenie na papierze, że mamy zaliczone i ... dostaliśmy płetwą po tyłku, żeby nie było tak lekko! Oboje z Tomkiem doszliśmy do wniosku, że nurkowie to bardzo fajni ludzie i bardzo nam odpowiada to towarzystwo! Wieczorki oczywiście spędzaliśmy na tarasie hotelowym, popijając piwko lub drinki (czysta z colą, prosto z Polski!), a potem... jak zwykle totalny opad na łóżko! Powrót był ciężki, dzięki egipskiej obsłudze lotniska... Ale tego nie będę opisywać, bo przyćmi inne cudowne, kolorowe wspomnienia, zwłaszcza te podwodne. Gdzie by tu teraz ponurkować....? A tutaj kilka zdjęć: www.inofoto.blox.pl
|